.
220 tysięcy placówek medycznych w Polsce
  • Ten szpital obsługuje klientów a nie pacjentów. Dzięki obsłudze szpitala poroniłam ciąże jak jaskiniowiec w domu w kącie łazienki. Moja ciąża obumarła, trafiłam do tego szpitala w 13 tygodniu ciąży,miałam najbliżej a zobaczyłam krew na bieliźnie w nocy z soboty na niedzielę. Poinformowano mnie po dokładnym badaniu USG, że płód od 5 tygodni nie urósł i nie ma akcji serca. Nikt nie zaproponował mi psychologa,jedynie trzy sposoby poronienia(w domu,w szpitalu z użyciem tabletek poronnych lub przez łyżeczkowanie).Poprosiłam o czas na zastanowienie w domu.Po takiej informacji nie wiedziałam jak się nazywam, więc co tu mówić o podjęciu w środku nocy samodzielnej decyzji.Dwa dni później dostałam się do swojej lekarki z krwawieniem, wypisała mi skierowanie do szpitala, ponieważ stwierdziła, że mój organizm nie daje sobie rady z samoistnym poronieniem i boi się o moje zdrowie i życie.Trafiłam, więc znowu do izby przyjęć w szpitalu Św. Zofii.Tam chciano mnie spławić od razu,bez zbadania. Nie dałam się tak łatwo, powiedziałam, że moja lekarka przepisała mi skierowanie, bo stwierdziła, że nie wie co się wydarzy ze mną za godzinę lub pół dnia. Kazali mi przyjść za parę dni jak zejdą skrzepy z dróg rodnych.Powiedziałam, że miałam skrzepy dwa dni temu oraz dzisiaj,że krwawię.Usłyszałam"były skrzepy, no to na USG, może już po sprawie".Wysłano mnie na USG jednak okazało się, że"nie jest po sprawie". Zarodek choć już obumarły trzymał się nadal.No i znowu problem, pani w recepcji powiedziała, że nie wie co ze mną zrobić. Kolejny raz powtórzyłam słowa lekarki- mają mnie przyjąć na obserwację, bo moja lekarka nie pozwali mi zostać samej w domu,mam być w szpitalu. Zostałam łaskawie przyjęta na wizytę w izbie przyjęć, stałam w kolejce chociaż wyglądałam na jedyną, która odczuwa ból.Nie byłam w stanie siedzieć, zatem chodziłam w kółko, schylałam się, kucałam.Pozostałe Panie z pięknym brzuszkami oglądały serial w TV i zajadały przekąski,czekały na kontrolną interpretację KTG jak sądzę.Czekałam zatem z tymi jakże szczęśliwymi kobietami wiedząc, że moje dziecko już nie żyje.W sumie 3 godzinki.To nic. W gabinecie Pani doktor nadal nie wykazała specjalnego zainteresowania, powiedziała, że poronię sama.Ponieważ nie odpuszczałam skierowała mnie do zabiegówki na zastrzyk rozkurczowy z papeweryny.Nie podała tabletek wywołujących poronienie-dodam, że ich rolą jest nie tylko jego wywołanie ronienia,ale ułatwienie oczyszczania nabłonków, łożyska, aby nie było groźnych komplikacji, zakażeń i abym mogła zajść w ciąże. Dostałam zwolnienie na 3 dni i wysłano mnie do domu. W wypisie kłamstwo- pacjentka nie odczuwa bólu-doskonale wiedziała, że podczas badania czułam silny ból. Kazała mi przyjść dwa dni po ustaniu krwawienia i zejściu skrzepów. "Może Pani przyjechać jeśli zacznie się krwotok"-wtedy przyjmą mnie dla ratowania życia. Po paru godzinach podczas telefonicznej rozmowy z koleżanką zaczęło się ronienie. Byłam sama w domu. Na szczęście siostra załatwiła mi numer do swojej ginekolog z Kielc,koleżanka natomiast opowiedziała o jej poronieniu. Dzięki temu wiedziałam w ogóle jak to ma wyglądać, że będzie boleć i to dobrze gdy boli, że będę krwawić całą noc,krwi będzie dużo. Ginekolog powiedział, że jeśli będę na siłach to mam następnego dnia przyjechać do szpitala do Kielc.Przeżycie było dramatyczne.Siedziałam w kącie łazienki kiedy przyjechał mój mąż z pracy.Zmieniał mi pieluchy i obmywał z krwi.W moim domu odbył się mały poród,pełny żalu i bólu.Moje koleżanki w Kielcach w szpitalu nie tylko dostały leki, ale miały także wizyty psychologa szpitalnego.Mnie św.Zofia nie zaproponowała nic!Płacę ciężkie pieniądze za możliwość leczenia a otrzymuję obojętność. Drogie Panie, w tym szpitalu nie jesteście pacjentkami, ale klientkami.Jeśli wasz przypadek nie jest rentowny dla szpitala to was nie przyjmą, bo wolą dostać pieniądze za prywatny pokój, za dodatkową opiekę poporodową.Ubezpieczenie nie wystarczy. Po poronieniu mąż zawiózł mnie do szpitala św.Aleksandra w Kielcach. Tam przyjęto mnie od ręki- "ma Pani skierowanie to przebieramy się i na oddział". USG robiono mi dwa razy dziennie i podawano tabletki dopochwowe, aby nie trzeba było łyżeczkować.Spędziłam tam 4 dni, aż tzw. endometrium zeszło poniżej 10 mm, wtedy można mnie było wypisać. Kontrola za 7 dni.W między czasie wróciłam z mężem do Warszawy. Po 7 dniach w szpitalu Św. Zofii nie chcieli mnie przyjąć na kontrolę pomimo tego, że nawet w ich wypisie miałam zaleconą kontrolę ambulatoryjna i ich lekarka wyraźnie kazała mi przyjść po zejściu skrzepów i ustaniu krwawienia. Powiedzieli, że mam pójść do własnego lekarza. Doskonale wiedzą, że na wizytę Państwową czeka się w Warszawie miesiąc a na USG kolejny miesiąc. Drogie Panie-przemyślcie czy chcecie rodzić w takim szpitalu. Wszystkim, życzę zdrowia i braku komplikacji-bo aż strach myśleć co będzie jeśli pojawią się problemy podczas porodu!

Mapa

Zobacz jak dojechać

Forum